Tramwajowy.pl

  • Koniec c.d.

    Pierwsza awaria była najgorsza. Wszystko co uczyliśmy się na kursie wyparowało z głowy. Na szczęście z pomocą przyszedł kolega Mariusz Sz. Pamiętam, że biegałem w dość głębokim śniegu, bo zatrzymałem się pomiędzy przystankami, w koszuli z krótkim rękawem. Awaria patrząc teraz drobnostka.
    Kolejna poważniejsza awaria kiedy miałem problemy wydarzyła się już wiosną. Dojeżdżałem do przystanku a za mną kupa dymu. Standard, to już przerabiałem, hamulce szczękowe się zakleszczyły. Zajrzałem pod wóz a tam żywy ogień. Nie wiedziałem co robić. Bałem się gaśnicy użyć, bo taka wielka i ciężka i później się tłumacz, co jak i dlaczego. Zacząłem dmuchać ROTFL jak by to miało pomóc. Na wozie miałem tylko jedną pasażerkę, więc poprosiłem ją o opuszczenie wagonu i sam ruszyłem na zajezdnię. A tam dowiedziałem się, że ogień to też normalne. Trzeba było opuścić luzowniki i jazda. Ogień sam by zgasł – dowiedziałem się od mistrza.
    Nadszedł czas na pierwszą kolizję. Jechałem sobie spokojnie, zbliżając się do skrzyżowanie, wtem wjechał samochód. Zacząłem hamować, dzwonić dzwonkiem. Niestety kierowca też wpadł na pomysł żeby zahamować i zatrzymał się prosto przede mną. No i BOOOM. Później były jeszcze dwie. Pierwsza z osobówką a druga troszkę groźniejsza z PKS’em. Kiedyś tam tramwaj mi się palił dość, że aż straż przyjechała na sygnale.
    Chyba jestem głupkiem, że rezygnuję z tak ciekawej, emocjonującej pracy. Jest jeszcze może kilku osobników, którzy przeżywają te robotę tak jak ja. A reszta ?! Olewa to, każdy martwi się tylko o swój tyłek. Wyzywają się między sobą, kłócą robią na złość.
    Ostatnim czasy pensja…….jak pensja raz więcej raz mniej . Troszkę cierpliwości  jutro część dalsza

  • Koniec

    To już jest koniec, nie ma już nic. Jesteśmy wolni możemy iść.
    Ile jest piosenek które można przytoczyć podczas pisania. Jeszcze nie raz w tym tekście zahaczę o czyjąś twórczość.
    Takie grubsze podsumowanie to już chyba opublikowałem na trzy lecie mojej pracy. Ale nie zaszkodzi jeszcze raz coś skrobnąć. Może znajdą się nowi czytelnicy i właśnie ten tekst zachęci ich do czytania wstecz wszystkich wpisów.
    Wróćmy do korzeni. Kurs na motorniczego, za namową ojca, rozpocząłem z wielkimi obawami ale i ciekawością co to będzie. Mogłem zrobić prawo jazdy na kierowcę autobusu ale to takie popularne, żeby nie powiedzieć pospolite 😉 Co dzień od poniedziałku do piątku dzielnie jeździłem do Katowic na zajęcia teoretyczne a później na jazdy. Bardzo miło wspominam instruktora Pana Piotra M. to dzięki jego charyzmie, zainteresowaniu nas tym zawodem, fajnymi opowieściami stwierdziłem, że to naprawdę może być ciekawe doświadczenie. Nie raz dość ostro kogoś z nas skrytykował ale dzięki temu niektóre nauki będę pamiętał do śmierci albo i dłużej. Kurs zleciał, egzamin też całkiem nieźle. Pół roku czekałem, żeby dostać się do pracy do MPK w Częstochowie. Takie to były czasy, że ludzi mieli aż nadto. No i w grudniu się zaczęło. Najpierw rozmowa z kierownikiem, później swoje musiałem odsiedzieć na zajezdni jako rezerwa, bo plan na grudzień był wykonywany bez problemu. Godzinki wyjeździłem z patronem. Pierwszy tydzień jeździłem z Markiem Z. Którego pozdrawiam. Drugi tydzień jeździłem z Jackiem R., który niestety albo stety 😉 nie pracuje już w MPK. Było całkiem fajnie bo tak pewnie, bezpiecznie. Nadszedł czas jazdy samodzielnej. Pierwszy dzień dumnie, z podniesioną głową. Później już jakoś tak normalnie. Starałem się zapamiętywać każdego kogo zmieniałem. Na pewno łatwiej im było zapamiętać jednego nowego niż mnie kilkudziesięciu starych wyjadaczy. Początki zawsze bywają trudne, szczególnie w nowym bardzo hermetycznym środowisku. Jakoś się rozkręciłem. Zakolegowałem się z niektórymi, z jednymi za późno z innymi w ogóle szkoda było rozmawiać. Ogólnie starałem się nie być wrogiem dla nikogo.   Pierwsza awaria…..to jutro. Czekajcie cierpliwie na następną część, jak na nowy odcinek ulubionego serialu

  • 13:44 -> 18:57

    A dziś na złość było nie ślisko 😛 Szedłem do pracy jak zwykle, jak zwykle przejołem wóz, swoje wyjeździłem, pożegnałem się z mistrzem na zajezdni a z dyspozytorem w ogóle nie rozmawiałem bo to dziwny człowiek i tyle. A podsumowanie już niebawem, może jutro a może troszkę później. Muszę się trochę pozbierać, pomyśleć, popisać.

  • 13:35 -> 23:05

    awruK, awruK, awruk – krzyknął motorniczy po zjeździe na zajezdnię.
    Tak mogę rozpocząć dzisiejszy wpis. Dziś miałem chyba najbardziej śliski wóz na ziemi a może i nawet w całej galaktyce 😉  Nie było miejsce żebym nie ruszył bez poślizgu. Ciągle było tylko słychać wziuuuuuu. Aż dziw bierze, że wytrzymywały to silniki i rozrusznik. W pewnym momencie usłyszałem jakiś inny dźwięk z pod kół niż miał być i troszkę się zląkłem. Ale po zatrzymaniu się i ponownym ruszeniu wszystko wróciło do normy. Hamowanie nie było najgorsze, bo wiedziałem że jest ślisko i rozpoczynałem ten manewr odpowiednio wcześnie oczywiście przy użyciu pełnego hamowania czyli pedał hamulca za ogranicznik, wtedy opadają hamulce szynowe. Jednym słowem masakra. Na szczęście nie było nikogo kto miał jakiekolwiek pretensje, że za wolno jedziemy.